sobota, 29 sierpnia 2015

Wywiad z Arturem Janczukiem

- Co trzeba zrobić, żeby w Polsce było lepiej, lub przynajmniej żeby nie było gorzej?

Uważam, że działania w większości powinny polaryzować się na dwóch polach: po pierwsze, ekonomicznym. Po drugie: stosunku państwa do obywatela. W pierwszym przypadku chodzi przede wszystkim o przeniesienie środka ciężkości wartości na jakich budujemy konkurencyjność polskiej gospodarki - musimy przejść z promowania jej poprzez tanią siłę roboczą na konkurowanie technologiami, jakością i innowacyjnością. W tym celu niezbędne jest uwolnienie potencjału polskich firm oraz dostarczenie dodatkowego kapitału tam, gdzie go brakuje. W praktyce oznaczałoby to wprowadzenie zasady rozpatrywania wątpliwości w prawie podatkowym na korzyść płatnika, zasady milczącej zgody, oraz instytucji "Firmy na próbę". O takich truizmach jak inkubatory przedsiębiorczości czy (częściowo) bezpłatne doradztwo dla małych przedsiębiorstw i osób planujących założyć własny biznes, aktywizacji bezrobotnych, nisko lub wcale nieoprocentowanych kredytach lub innych formach dofinansowania nawet nie wspominam. Państwo również powinno samo inwestować w strategiczne gałęzie polskiej gospodarki, tworząc podmioty działające według praw rynku ale uruchamiane z kapitału państwowego. Wreszcie, należy odejść od tej specyfiki polityki wobec dużych, międzynarodowych korporacji, która sprawia że polska gospodarka nabiera cech zbliżonych do gospodarki kolonialnej: należy powstrzymać zagraniczne firmy od pozbawionego kontroli wyprowadzania środków z Polski, zwykle z pominięciem opodatkowania. Należy tego dokonać poprzez zmianę zasad opodatkowania podatkiem CIT, oraz przez wprowadzenie podatku transferowego oraz tzw. podatku wyjścia.

Jeśli chodzi o stosunek państwa do obywatela, kluczowe są kwestie o których już wspomniałem (milcząca zgoda, doradztwo) mające zastosowanie nie tylko do przedsiębiorstw, ale także do osób fizycznych. Konieczna jest także zmiana sposobu, w jaki sami urzędnicy postrzegają swoją rolę: musi mniej opierać się ona na kontroli, a bardziej na pomocy. Urzędnicy muszą dodatkowo być lepiej merytorycznie przygotowani do wypełniania swoich zadań, ponosić osobistą odpowiedzialność za swoje decyzje, oraz nie mogą im być narzucane różnego rodzaju plany, w praktyce wymagające przeprowadzania swoistych "polowań na obywatela". Kluczowa jest także kwestia dotrzymywania zobowiązań przez państwo - kluczowa w kontekście pytania "Co robić, żeby nie było gorzej?" - wiemy już, że system emerytalny jest niewydolny, i jestem także przekonany że będzie on niewydolny tak długo, jak długo nie zostanie gruntownie przebudowany. Prawda jest bowiem taka, że słynnym "67" kupiliśmy sobie trochę czasu, ale nie zażegnaliśmy widma katastrofy - do tego niezbędna jest reforma. Twój Ruch widzi rozwiązanie problemu między innymi w likwidacji ZUS i przejściu na system emerytur obywatelskich, wypłacanych z budżetu państwa. Zapewni to równe traktowanie wszystkich obywateli, uproszczenie prawa, procedur i mechanizmów wypłaty należności oraz zapewni taką wysokość emerytur, aby wreszcie wystarczały one na przeżycie. Co nie mniej ważne, ograniczy też koszty obsługi, które dzisiaj dobijają i tak przeciążony system.

- Czy lewica w Polsce jest sprawna organizacyjnie?

Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony, wyników partii lewicowych w poprzednich wyborach nie można nazwać inaczej, niż porażką. Z drugiej jednak strony, może to wynikać nie tylko z braków natury organizacyjnej, ale także swoiście pojętej "koniunktury". Dwuznaczne odpowiedzi daje też analiza innych czynników, takich jak na przykład składanie list poparcia do PKW: największe partie bez trudu poradziły sobie z tym zadaniem, ale np. Partia Zielonych miewa z tym problemy. Jednak najnowsze sondaże dają koalicji lewicy Lewica Razem wyniki na poziomie kwalifikującym się powyżej progu wyborczego, które jednocześnie bliskie są wynikom Ruchu Palikota z 2011 roku. W tej sytuacji tak naprawdę ta kampania będzie wyznacznikiem tego, czy lewica sobie z takim wyzwaniem poradzi i nie zmarnuje swojego potencjału, a więc czy między innymi jest organizacyjnie sprawna. Zresztą, sądzę że ten akurat parametr jest raczej zróżnicowany ze względu na partie polityczne, a nie stronę sceny politycznej.

- Rosja chce wojny, i PiS chce wojny. Czy politycy w Polsce dostrzegają, że rosyjskie służby mogą dążyć do umożliwienia dojścia władzy przez PiS, m.in. skłócając lewicę?

Przy całym oburzeniu wobec polityki Rosji wobec państw ościennych oraz reszty świata, nie jestem pewny czy Rosja rzeczywiście chce wojny o większym zakresie - w rozumieniu konfrontacji szerszej, aniżeli wyłącznie ta na Ukrainie. Sądzę, że nawet Władimir Putin - mówiąc kolokwialnie - nie jest na tyle szalony, aby dążyć do takiego starcia - nie dlatego, że szanse Rosji byłyby zerowe, ale dlatego że taka wojna byłaby szalenie wyniszczająca i wymagająca ogromnych wyrzeczeń po obu stronach. Zastanawiam się, czy Putin nie zrealizował już swojego planu ekspansji na kolejne lata.

Sądzę że politycy PiS doskonale wiedzą o tym, że groźba wojny w którą byłaby bezpośrednio zaangażowana Polska w najbliższych latach praktycznie nie istnieje i że ich działania to w istocie - całkowicie świadome - wymachiwanie szabelką w próżni, to znaczy działania czysto polityczne, przeznaczone tylko "na rynek wewnętrzny". Jednak w rzeczy samej znamienne jest, że to właśnie ta opcja, która z największym zaangażowaniem doszukuje się rosyjskich wpływów i rosyjskiej agentury, sama działa najbardziej na korzyść Rosji - nie poprzez sprowadzanie realnej groźby konfrontacji militarnej, ale przez destabilizację polityki wewnętrznej, podkopywanie zaufania obywateli do państwa poprzez zbyt daleko posunięte zarzuty wobec systemu wyborczego, a więc - otwarcie mówiąc - poprzez psychologiczny i informacyjny sabotaż.

Również w kontekście walki informacyjnej, jaką Federacja Rosyjska prowadzi w Polsce na przykład poprzez słynne niedawno audycje Radia Sputnik, celowe skłócanie sił politycznych mogących stanowić zagrożenie dla tej paradoksalnie, komicznie prorosyjskiej opcji, stanowi realną groźbę. Problem polega jednak na tym, że nie dysponujemy dowodami i poruszamy się cały czas w obszarze domysłów, a stwierdzenie że są to działania celowe i przemyślane to oskarżenia bardzo ciężkiego kalibru.

- Jak powinna wyglądać polityka imigracyjna Unii Europejskiej?

Powinna być liberalna. Z jednej strony, kiedy mówimy o uchodźcach lub imigrantach z krajów rozwijających się, musimy stosować liberalne podejście z pobudek czysto altruistycznych i humanitarnych - to są ludzie, którzy znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji: miejsca w których mieszkali przestały być bezpieczne, życie ich i ich bliskich jest zagrożone, podobnie jak ich wolność oraz zabezpieczenie podstawowych kwestii bytowych. Odmawianie im pomocy byłoby po prostu nieludzkie i niegodne państw Unii Europejskiej, która na sztandarach ma wartości zupełnie przeciwne ksenofobii czy izolacjonizmowi. Natomiast w szerszym, bardziej ekonomicznym kontekście, liberalna polityka imigracyjna stanowi szansę na przezwyciężenie problemów gospodarczych wynikających ze struktury wiekowej społeczeństw krajów europejskich oraz niskiego, często wręcz ujemnego przyrostu naturalnego. Przy takim wykorzystaniu całego zjawiska argument odnoszący się do jakoby bardzo wysokich kosztów generowanych przez napływ imigrantów traci sens - właściwie, po klęsce szeregu innych instrumentów stosowanych do ustabilizowania struktury wieku, jest to jedna z ostatnich, jeśli nie ostatnia nasza szansa na powstrzymanie krachu systemów emerytalnych i potencjalnego kryzysu. Również argument odnoszący się do zagrożenia terrorystycznego jest absurdalny, jeśli nie kuriozalny, w tym sensie że przy skali napływu imigrantów o której mówimy terroryzm jest zjawiskiem marginalnym. W zasadzie jest to bardziej straszak wykorzystywany przez pewne środowiska do wzbudzania negatywnych emocji wokół imigrantów. Zagrożenie z ich strony nie jest wcale dużo większe niż ze strony rdzennej ludności państw Unii Europejskiej.

- Co Pan sądzi o wolnościach obywatelskich w Polsce?

Sytuacja pod tym względem jest dwojaka: z jednej strony mamy olbrzymią rzeszę ludzi, którzy - czasem mam takie wrażenie - żyją w innym kraju niż ja. Mówią o tym, że wolność słowa nie istnieje, a za działalność polityczną spotykają ich represje. Ja jednak uważam, że pod tym względem polski system działa niemal doskonale, i ani wolność słowa ani wolność stowarzyszania się czy prowadzenia działalności politycznej raczej nie są zagrożone. Po prostu pewnym środowiskom wydaje się, że ich wolność jest ograniczona wtedy, kiedy nie mogą obrażać i bezkarnie atakować innych ludzi. Tymczasem ja otwarcie Panu powiem, że z wielu powodów nie lubię na przykład premier Kopacz, a jednak po publikacji tego tekstu nie będę się obawiał represji politycznych. Tymczasem niektórym wydaje się, że jeśli tę samą panią premier zwyzywają i wyplują z siebie w jej kierunku falę insynuacji, to jest to równoznaczne z rzeczową krytyką. Ale tak się składa, że w Polsce - jak w większości europejskich krajów - nie można obrażać i bezpodstawnie oskarżać nikogo, ale za to można krytykować. Także Kościół katolicki zwykł raz po raz ogłaszać, że po raz kolejny pada ofiarą dyskryminacji, podczas kiedy jego przedstawiciele poprzez "dyskryminację" często rozumieją każdy przypadek, kiedy Kościół i skupione wokół niego instytucje nie otrzymują automatycznie tego o co wnioskują. Tak było między innymi w sprawie miejsca na naziemnym multipleksie cyfrowym dla Telewizji Trwam - Trwam z własnej winy, kiedy nie dopełniła formalności, nie otrzymała tam miejsca... po czym ogłosiła, że padła ofiarą skandalicznej dyskryminacji i próby ograniczenia wolności mediów. Wspominam o tym, bo jest to znamienny przypadek.

Tymczasem problem w rzeczywistości nie leży na polu tych wolności, o których przed chwilą wspomniałem: problem leży w nadmiernej kontroli pewnych dziedzin życia, mających na pozór niewiele wspólnego z polityką - przepisy tego dotyczące to w dużej części pokłosie komunizmu albo zaściankowo-drobnomieszczańskiej dulszczyzny. I tak problem pojawia się na przykład, kiedy chcę zarejestrować związek z osobą tej samej płci, dokonać korekty płci albo kiedy posiadam na własny użytek niewielkie ilości tak szalenie niebezpiecznej substancji, jak bardzo już upolityczniona marihuana. Rzadko kiedy można dokonać legalnej aborcji, a eutanazji dokonać nie można w ogóle - a ja bym się czuł o wiele lepiej, gdybym wiedział że kiedyś będę miał taką możliwość. Do niedawna były także problemy z zapłodnieniem pozaustrojowym. W tych dziedzinach państwo polskie ingeruje w prywatne życie obywatela i to jest ograniczanie jego wolności - zabraniamy czegoś, co nikomu nie szkodzi; państwo próbuje zaglądać nam, mówiąc prosto, do łóżek, do kieszeni albo w spodnie. Tymczasem dyskurs przez wielu polityków jest sprowadzany na zakres spraw, które są zupełnie inną kategorią, bo tam wolność jest ograniczana ze względu na dobrze pojęte dobro i interes drugiej osoby, i dla kogoś kto chce prowadzić konstruktywną debatę w ogóle nie jest to problemem.

- Czy Polacy szanują swoje państwo?

Ta kwestia wymaga zdefiniowania pojęcia "szacunku dla państwa" - czy chodzi o organy administracji, czy Polskę jako konstrukt złożony właśnie z tej państwowości, języka, historii, kultury, oraz innych elementów. Administracja państwowa zdecydowanie nie może pochwalić się powszechnym szacunkiem, i to niezależnie od opcji aktualnie znajdującej się u władzy: po części wynika to z przyczyn obiektywnych, takich jak jej słabość i częsta nieudolność, niedoinwestowanie, jakość pracy kadry urzędniczej, błędy natury PR-owej, ale po części jest to wynik także efektu ubocznego komunizmu: to była stopniowa degradacja polskiej administracji państwowej, obnażająca jej najgorsze cechy. Zatem, obok innych rodzajów bagażu historycznego, największy negatywny wpływ w dziedzinie wizerunku na pewno wywarł PRL, i to że w sensie wizerunkowym nie udało nam się zdekomunizować naszej państwowości - proszę zauważyć, że nie mówię tutaj o rozliczeniach z konkretnymi osobami, lustracji, i tak dalej, ale o pewnym bagażu skojarzeń i negatywnych doświadczeń, których nie da się wymazać.

Niestety, ten negatywny, a często wręcz pogardliwy stosunek do całokształtu administracji jest często siłą rzeczy przenoszony na Polskę jako taką. Na pewno spory wpływ ma na to też ta przysłowiowa "polska mentalność" - to taka trochę legenda zawierająca w sobie odrobinę prawdy, ale ona wynika z naszej historii - z tradycji szlacheckich i drobnomieszczańskich, z wymuszonego kombinatorstwa. Zresztą, mam wrażenie że to jest coraz rzadsza postawa. Ludzie tak głęboko skrzywdzeni przez system powoli znikają lub wycofują się, a wśród młodych ludzi - dzięki swobodnemu przepływowi wzorców i idei na obszarze całego świata - staje się ona synonimem czegoś, co jest po prostu nie na miejscu. Zatem w tej dziedzinie problem niedługo rozwiąże się niejako sam - pozostaje nam sprawić, żeby także stosunek Polek i Polaków do organów państwowości uległ poprawie; dla dokonania tego celu koniecznie są te zmiany w zakresie podejścia państwa do obywatela, o których wspominałem wcześniej.

- Czy może Pan powiedzieć coś o swojej działalności politycznej?

W działalność polityczną, najpierw Ruchu Młodych, później Ruchu Palikota i wreszcie Twojego Ruchu zaangażowałem się w 2012 roku. Od tego czasu cały czas starałem się pracować dla dobra szeroko pojętej lewicy - uważam że jej niedoskonałość krzywdzi głównie najsłabszych, to znaczy tych którzy czy to potrzebują pomocy państwa, czy też od początku niezasłużenie znajdują się na słabszej pozycji względem ogółu społeczeństwa. Dlatego też kandydowałem w wyborach samorządowych, pomagałem w kampaniach do europarlamentu czy prezydenckiej, zaangażowałem się w tworzenie Tęczowego Lublina kiedy powstawał, czy też później w organizowanie Pomocy Młodym, która ma być instytucją kierującą wsparcie do młodych osób LGBTQIA. Nie ukrywam także, że sam chciałbym żyć w państwie inaczej podchodzącym do obywatela, bardziej dla niego liberalnym, a także po prostu bogatszym, oraz z lepiej wyedukowanymi a więc bardziej tolerancyjnymi obywatelami. Sądzę - a nawet mam pewność - że moje oczekiwania nie są czymś odosobnionym.

piątek, 13 marca 2015

czwartek, 1 stycznia 2015

piątek, 23 maja 2014

bieganie susiec las

...

środa, 19 lutego 2014

Yanko Wojownik - wywiad

- Jak zaczęła się Twoja działalność twórcza?

Zasadniczo, to jakoś tak chyba spontanicznie zacząłem i już, a po kilku latach się zorientowałem, że właśnie. Zapewne było to podyktowane także jakąś wewnętrzną potrzebą, ale kiedy się zaczynało, to jeszcze wtedy o tym nie myślałem. Niewątpliwie też miałem potrzebę zamanifestowania czegoś i powiedzenia, że mi się qurde nie podoba to, co oficjalnie mam w założeniu konsumować bezkrytycznie - bunt czy coś w te nute, ale na samym początku, to zdecydowanie jeszcze o tym nie wiedziałem. Cała zapewne mierna, ale co by nie kombinować twórczość początkowo była dla mnie i dla znajomych, cieszyło coś mnie, cieszyło czasem innych, a czasem nawet częściej, niż czasem. Oczywiście wywoływało też nieprzychylność nieprzychylnych.

- Piszesz teksty, o ile mi wiadomo, zajmujesz się również muzyką.

No tak piszę głównie teksty, swego czasu kiedy jeszcze nie miałem żadnego przedmiotu, na którym dało się zagrać gamę, i nie wiedziałem ile dźwięków tworzy akord, to wtedy marzyło mi się właśnie zostać autorem tekstów przede wszystkim a muzę konsumowałem z kaset, nie zakładałem że zacznę grać. Jak to jednak bywa czasem w punk rocku, i w tym gatunku zdecydowanie bardziej niż w innych występuje takie sobie zjawisko stawania się z odbiorcy twórcą i na odwrót, tak też z czasem zadziało się w moim przypadku. Najpierw chciałem grać na basie, potem z rozsądku zacząłem na gitarze, potem z konieczności (bez wirtuozerii, wręcz ledwo że - powiedzmy) gitara, klawisz, bas, i krótko perkusja, na perkusji trybiłem topornie i zostały te trzy pierwsze.

- Twoja wizja punka.

To chyba takie coś, co już minęło muzyka grana z realnej potrzeby - szerzej twórczość. Dzisiaj jakby, (może źle lukam) ale nie dostrzegam tego... Idzie o coś w klime: ''D.I.Y. scena'', brudne brzmienie, realizm no i ten bunt! Taka muza nagrywana na ''jeden, dwa, trzy - Czadu!'' to jest punk, którego chyba już nie ma, który przeminął. Zaś jeśli idzie o pisma, to myślę, że praktyczne przewodniki po życiu rodzinnym i poradniki kulinarne nie przyczynią się do wzrostu ich popularności (mogę się mylić - ludzie wezmą co jest z powodu braku alternatywy) myślę również, że odgrzewany enty raz kotlet i odkiszany ogórek w końcu przestaną zachwycać smakiem. Próba bycia niektórych autorytarnymi, wg. mnie w punku na autorytet można sobie zasłużyć, ale dodawać go sobie (bez wskazania, tu akurat nie mam na myśli tego pisma co ktoś pomyśli, że mam chyba, że pomyśli o innym i akurat będzie w celu) samemu, to przesada. Myślę, że to ludzi nie porwie - mnie by nie porwało gdybym zaczął o podobne rozbijać się na samym początku kontaktu z takimi - z tą różnicą, że ja mając możliwości (takich nie posiadam w ogóle obecnie) zacząłbym tworzyć alternatywę dla alternatywy, ale nie myślę by ktoś tak zadziałał - chyba, że podłapie mój pomysł. Ale może ja się nie znam, może nie mam dostępu do odpowiednich treści obecnie, ale myślę (no zdarza mi się) że za mało inicjatywy w tym, za dużo nieomylności, a skromność... - no jest, ale naciągana, chodzi o to, że niepotrzebna w punku, to po co ją kreować. Nie wiem jak rzecz się ma na polu ''art'' - mam jakieś tam braki - no tak plus-minus tylko tak z dziesięcioletnie... Ale tak zasadniczo, to jednak - gdzie jest teraz wejście do podziemia???

Punk stracił chyba już pierwotną siłę napędową, osiadł może na autorytetach, na wzorcach, może na czymś innym jeszcze osiadł... albo na nim coś osiadło. Jeśli idzie o muzykę, to mamy w tym kraju chyba tylko jedno naprawdę niezależne wydawnictwo Irokez http://www.irokez.pl/ , gdzie nie ma umów i quntraktów, za to proste są zasady wydane-nie wydane, mowa słowna warta więcej od stosu pism, to może być dziwne dla niektórych. Ale generalnie na global skalę, na terenie zwanym chyba jeszcze Polską, to szukam buntu, ale go nie znajduję. Dużo mieszanki stylów i coraz czystsze brzmienia a przecież ''punk, to punk'', może taka jest potrzeba chwili i tak wygląda naturalna ewolucja, ale mnie brakuje tej pierwotnej brudnej nuty, nie tylko w muzyce. Dziś wielu chce być perfekt, grać wg. wzorców/schematów, podpisywać kontrakty, zarabiać, obwieszać się reklamami, kumać się z partiami politycznymi, robić sobie zdjęcia (widziałem takie) pod McDonaldem, to normalnie - o naturo walnij gniewem... Moja wizja punka, to taki spontan, twórczość z potrzeby tworzenia dla tworzenia.

- Co możesz powiedzieć o Twoim współdziałaniu z megaportalem?

Zapewne chodzi o portal tzw. społecznościowy MegaTotal. Trafiłem tam z powodu takich a nie innych splotów zdarzeń, kolejne sploty zdarzeń pociągnęły kolejne wydarzenia i zamieszczenie tam mojego projektu, niestety nie jest tam tak różowo jak wygląda to na fasadzie z opisu. Toteż zrezygnowałem ze współpracy z tym serwisem. Portal zdecydowanie przede wszystkim zajmuje się promocją własnego podwórka i okolic w moim odczuciu, poza tym może jakieś specyficzne nurty rzeczywiście mają tam łatwiej. Dla twórców zahaczających o punk rocka, to chyba nie najlepsze miejsce na to żeby się wydać. Wiele spraw wygląda inaczej faktycznie niż jest zaprezentowanych w zarysie, ale tak jest chyba wszędzie, tylko że myślę, że w MT zapewne jest bardziej. Zrezygnowałem z wydania się tam, zresztą z tym wydaniem, to też sprawa dyskusyjna, bo nowe zasady troszeczkę inaczej to naświetlają - raczej coś w klimat ''znajdź wydawcę, jak masz już środki...'' Sedno pytania co mogę powiedzieć o współdziałaniu? - Qurde nie wiem, raczej nic nie zaiskrzyło - niewypał, był to związek beznamiętny, acz jak to zazwyczaj albo czasami bywa wynosi się jakąś naukę z doświadczenia - czy tam może jakoś na odwrót... Współdziałania w zasadzie nie było, jeśli idzie o story, że ja i portal, z ''szarymi'' użytkownikami, to owszem coś tam... nawiązało się parę znajomości choćby jak np. zapoznany taki jeden band - Pepeglamband stronka: http://www.pepeglamband.jcom.pl/ nie tylko od strony muzycznej - po prostu ci ludzie, to zarąbiści koleżkowie, i co przy okazji zazwyczaj naturalne ma miejsce, zaistniało też parę takich znajomości, które mniej cieszą, ale nie pobili.

- Twój tekst o księżycu-wariacie zwrócił uwagę środowiska komiksowego. Lubisz komiksy?

Cieszy, że tak zrobił... - tekst ma rozwinięcie na kilka stron, jeśli kiedyś zostanie wydana ta książeczka, to zapewne pojawi się tam w całości. A czy lubię komiksy - no pewnie że - od wczesnego dzieciństwa byłem fanatycznym ich miłośnikiem. Moim pierwszym komiksem był ''Kto zabił Bartka'', Bartek był jeleniem - fizycznie takim z lasu - poległym, śledztwo w sprawie prowadziły głównie dzieci, w odpowiedniej chwili pojawił się jednak pewien sławny kapitan - oczywiście kpt. Żbik i winni już się nie wywinęli. Jeśli ''Kwapiszona'' można zakwalifikować jako komiks a chyba można, to ''Kwapiszon'' był zaraz potem (ledwie wtedy umiałem czytać). W wieku 7 lat radykalnie sytuacja się zmieniła posiadłem dar płynnego czytania jakoś przeskoczyłem składanie sylab i tak mi już pozostało jednocześnie otworzyły się nowe możliwości. Elementarz i książki do języka polskiego były nudne, ale był ''Świat Młodych'' i takie tam... ''Świat Młodych'' zamieszczał tradycyjnie komiksy w odcinkach na ósmej-ostatniej stronie (o ile pamiętam dobrze) jednak zgromadzenie wszystkich numerów szczególnie na prowincji nie było łatwe. Jakoś tak później w prezencie dostałem, komiks ''O Piaście Kołodzieju'', w wersji dwujęzycznej, napisy w dymkach po Polsku i Rosyjsku może nie za dużo miał wspólnego z prawdziwymi wydarzeniami z historii dziejącej się w tym samym czasie, w którym rozgrywa się akcja ''Starej Baśni'', ale miał lakowaną okładkę i niezłą kreskę - nie wiedziałem, że Rosiński, to ktoś już tak powszechnie znany, chociaż jako że było to przed ''Thorgalem'', to może aż tak jeszcze nie był, zresztą za młody byłem na takie kojarzenie chyba jeszcze. Nie wiedziałem jeszcze jak nazywa się taka forma - czyli, że komiks jest komiksem, ale szybko się dowiedziałem. W bibliotece natknąłem się na takie pozycje (bez podtekstów, choć w książce Lwa Starowicza, to na te też) jak: ''Tytus Romek i A'tomek'', ''Kajko i Kokosz'', ''Jonka Jonek i Kleks'' - z perspektywy może banalne, ale dla dzieciaka były wypas, potem to już poleciało falowo. Próbowałem jakoś pozyskać w celu przeczytania wszystkie księgi, wszystkich znanych mi serii. Jakimś tam przełomem było zderzenie z takimi pozycjami jak: ''Podróż smokiem Diplodokiem'' i ''Skąd Się Bierze Woda Sodowa''... - te odegrały zapewne dużo - tzn. w moim postrzeganiu rzeczywistości tak odegrały, zetknąłem się z absurdem ujęło mnie to coś, czego jeszcze nie znałem i jakoś mi tak przypadło, i już tak pozostało, niektórych to odrzucało a mnie jakoś dziwnie wciągało.

W wieku ośmiu lat wpadł mi ręce komiks, który do dzisiaj się nie zestarzał (zresztą sztuka z zasady nie jest do zestarzenia się, tak w ogóle raczej) jak się dowiedziałem po latach, to seria powstała podobno w latach 70tych, ale z pewnych kontrowersyjnych przyczyn nie wydano jej wówczas w naszym kraju choć komiks powstał tu właśnie. Oczywiście piszę o sławnej serii ''Według Ericha von Danikena''. Pierwszy zeszyt z tejże, który wpadł mi w łapy, to nie nie było ''Lądowanie w Andach'', a był to kolejny czyli ''Ludzie i Potwory'', zaczęło się poszukiwanie kolejnych i poprzedniego zeszytu - dopiero w XXI wieku przeczytałem całość, brakowało nigdzie wcześniej nie wydanego w naszym kraju ''Ostatniego Rozkazu'', po latach przeczytałem w dwutomowym wydaniu pt. ''Ekspedycja'' wszystkie epizody w dwóch tomach - rewelacja tak kiedyś, jak dziś - temat uniwersalny kiedyś z Danikena się śmiano, dzisiaj jest chyba uznany, kręci się filmy jak prequel ''Obcego'' czyli ''Prometeusz'', inaczej choć parę dziesięcioleci wcześniej zahaczył o temat Żuławski z ''Na Srebrnym Globie'' - film nigdy nie dokończony, ale nie o filmach miało być, niemniej komiks ma blisko do filmu i film do komiksu, obie sztuki przenikają się i rzutują i oddziałują na siebie w określonych scenariuszach. Lubię filmy, które są utrzymane, że tak to ujmę w komiksowej konwencji, za to niekoniecznie zawsze podobają mi się ekranizacje komiksów, ale to już kwestia gustów, a tym się podobno nie dyskutuje.

Wracając na ścieżkę tematywną (że, miałem napisać tematu?) główną - po drodze trafił się oczywiście ''Thorgal'', którego czytałem wiele lat z powodu braku możliwości pozyskania kolejnych zeszytów no i w miarę ich wychodzenia, w pewnym okresie zaczęły wychodzić ''Fantastyki'', ale jakoś tak przedtem - druga połowa lat '80tych, nie pamiętam dokładnie kiedy, ale był taki czas, że na komiksy zaistniała posucha, było zapotrzebowanie, ale nie było wydawnictw, nie wnikałem jakie były tego przyczyny. Księgarnie przynajmniej ta, do której najczęściej zaglądałem uruchomiły komis, nie wiem czy był to pomysł kogoś wyżej, czy samych pracowników, ale można było przynieść komiks i wymienić go za symboliczną dopłatą na inny lub zostawić do sprzedaży. Komiksy leżały na kontuarze, zainteresowani przychodzili i przeglądali niektórzy czytali - też mi się zdarzało, ale zazwyczaj przy okazji coś kupiłem - w końcu szło się po to by coś zdobyć, były często przyniszczone, ale jeśli nie brakowało kartek i trzymały się kupy, to wystarczyło.

W jakimś tam momencie sam zacząłem trochę bazgrać i okazało się, że kreska nie wybitna, ale ujdzie, w klasie byłem w czołówce chyba nawet z prowadzeniem, brudnopis służył głównie do rysunku, od bitew po jakieś tam tematy... do klasycznie chyba jak u większości rysujących - nagich pań, bo trudno nazwać byłoby to aktem. Do końca podstawówki udoskonaliłem kreskę i miałem sporo pomysłów, niestety większość twórczości (także już coś tam pisywałem a niekoniecznie przyzwoicie) konfiskowało mi grono pedagogiczne, do dziś nie wiem czy mieli prawo to czynić zresztą to samo grono pomijając wyjątki upodobało sobie wyładowywać na mnie swoje frustracje, miało to odzwierciedlenie w wyrazie artystycznym - niestety nie polepszało to mojej sytuacji w przypadku kolejnej konfiskaty...

Życie bywa brutalne a dla niektórych nawet dużo bardziej - dużo by pisać niewielkie by to wniosło. Koniec końców z moich poczynań pozostały pojedyncze rysunki, nie powiem, że czasem czegoś nie nabazgram, ale poprzez różne mniej przyjemne sprawy straciłem trochę predyspozycje, jednak nie całkiem i czasem prosty pomysł zilustrowany staje się jak to się mówi ''w kosmos wyjebany'' niedawno na taki wpadłem, ale nie zdradzę go, jeśli jakimś zrządzeniem sił sterujących wszechświatem uda mi się coś opublikować, to pomysł będzie zilustrowany. Jest gorszący, niesmaczny i może oburzać przedstawicieli środowiska rodem z bajki ''schemat społeczny''.
Nie szarpiąc się dalej z epizodem biografii rysunkowej mojej, to nadszedł taki czas, kiedy odkryłem dwóch Miszczy i Gieniuszy: Palińskiego i Owedyka, pierwszy świętości rzucił o bruk, a drugi genialny był/jest i ponadczasowy między innymi absolutnie qultowa ''Ósma Czara'' - w mordę, to trzeba było na to wpaść... pokłon dla twórcy.

Dąbrowski - mam wszystkie pierwsze wydania ''Likwidatora'' początkowo mocno mnie wciągał kiedy miał jeszcze ten podziemny klimat, zanim się zaczął błyszczeć. Paliński ''Zakazany Owoc'' - jakaś artystka, bo ma na to papiery, chyba w Gdańsku przybija do krzyża członka kilka lat temu, był szok i był skandal - krótko bardziej był nakręcany niż tak sobie po prostu był chyba, ale był na cały Polish kraj. Niechby ci wszyscy zszokowani genitaliem na krzyżu otworzyli zakazany owoc... - strona chyba trzecia (możliwe, że tylko konkretne wydanie zawiera rys. o którym mowa) a ta artystka wydaje się, że jak nic zerżnęła część pomysłu Palińskiego, część, bo na Oreła się nie odważyła - nie przysięgnę, że tak było, ale tak to wygląda. Komiksy od pierwszego mojego z nimi kontaktu niewątpliwie wywarły ogromny wpływ na to, co dalej się działo bez wątpienia na przestrzeni lat z moim umysłem i jakoś tam byłem przez nie kształtowany. Na pewno przynajmniej deko, a zaryzykuję, że dużo bardziej poszerzały horyzonty (w sensie globalnie, już mniej może moje, ale odbiorców) szło się zetknąć tam z takimi rzeczami, o których np. 30 lat temu nie specjalnie można było gdzieś indziej o te sprawy zahaczyć. W skrócie - lubię komiksy.

k.s. - yanko wojownik